poniedziałek, 8 października 2007

Przygoda, przygoda..

W zeszły wtorek, czyli 2.10, siedziałyśmy sobie w akademiku (o którym jeszcze wspomnimy:), wisiała nad nami jedynie wizja nieposprzątanej podłogi, stwierdziłyśmy więc,że lepszym pomysłem na spędzenie ostatnich dni naszych wakacji (które nota bene i tak sie dopiero zaczynają) jest zwiedzenie nieodkrytych jeszcze przez nas terenów tego kraju wiecznej wiosny..hehe..czyli Grecji (jakby ktoś nie skojarzył). Wrzuciłyśmy więc namiot, karimaty i kilka innych niezbędnie przydatnych rzeczy, przyjechał Spiros (o którym jeszcze wspomnimy zapewne) dzięki któremu szybko znalazłyśmy się przy naszym pierwszym środku transportu-na autostradzie. Nie zdążyłyśmy skoczyć do pobliskiego sklepu jak zatrzymał się samochód o bułgarskich rejestracjach (pozdrowienia dla Czani;). Za kierownicą siedział jakiś nie-za-duży pan a obok niego również nie za wielka pani. Nie za bardzo wiedziałyśmy w jakim języku się odzywać, więc pokazałyśmy drogę mówiąc "A-T-E-N-Y???" a ponieważ w każdym języku brzmi to podobnie, zrozumieli i odpowiedzieli kiwając głowami.


Wbiłyśmy się więc na tylne siedzenia wraz z naszymi plecakami (a właściwie one z nami) i tak milcząc jechaliśmy.


Mniej więcej w połowie drogi naszych współtowarzyszy (???) podróży przycisnęło więc stanęliśmy na poboczu autostrady (takie rzeczy to tylko w Grecji), chociaż jakieś sto metrów dalej znajdował się zjazd z mcdonaldem i stacją benzynową. Pani Bułgarka pokazała nam,że krzaki i,że kawę będzie robić (oczywiście nie równocześnie). Postanowiłyśmy więc skorzystać z postoju i posługując się językiem polskim i gestami powiedziałyśmy "my-staja-kupić-woda-pięć-minut-wracamy", co by nam nie uciekli. Nie wiem czy Pani zczaiła od razu, czy dopiero jak zaczęłyśmy się oddalać,ale pokazała na kubek pytając (chyba) czy chcemy kawę, pokazałyśmy, że tak ale jedną i poszłyśmy. Dobiegłyśmy do stacji, kupiłyśmy jedzenie w postaci spłaszczonego ciastka z jabłkiem i wodę i wróciłyśmy. Kawa już była i nawet Pan Bułgar wrócił z krzaków. Z Zuzu zaczęłyśmy dyskutować o fladze Bułgarskiej i wtedy okazało się, że Pan i Pani mówią po Grecku, tzn.inaczej,że mieszkają w Grecji (na Krecie) i coś tam rozumieją, bo niestety słabiutko (a mówię to ja..która też znajomością języka nie świecę). W każdym razie pogadaliśmy trochę, wsiedliśmy do samochodu i..milcząco przejechaliśmy resztę drogi :) Lekką zamułę w samochodzie wynagrodził nam zdecydowanie fakt iż nasi podwoźnicy (chyba nie ma takiego słowa?!) również jechali do Pireusu. Rozstaliśmy się więc w porcie.

A to kilka fotek z Pireusu:




Wymyśliłyśmy sobie, że najpierw popłyniemy na Mykonos (ciekawe czemuu...;), toteż po wyjściu z samochodu od razu udałyśmy się do biura, żeby kupić bilety (studenckie oczywiście ;)). Pani, która je nam sprzedawała nawet nie zdawała sobie sprawy ile radości nam sprawiła informując nas, że mamy za nie zapłacić tylko po 12 euro, a nie jak normalnie 30- patrz zdjęcie u góry (ach... warto studiować w Grecji-srecji). Nawet nie zmartwił nas fakt, że nasz prom odpływa dopiero o 24 (a była dopiero 17). Zacieszając wyszłyśmy na ulicę i postanowiłyśmy, że warto zjeść coś (coś= pita z gyrosem (bez :)). Pozostało nam jeszcze tylko pytanie: gdzie? Na szczęście decyzja nie była trudna bo: po pierwsze primo: w pobliżu zbyt wielu jadłodajni nie było widać; po drugie primo: znamy w Pireusie małą tawernę- bar, w której kiedyś spędziłyśmy 7 godzin (długa historia, może innym razem...) i w której pracuje nasza ateńska Pani Mama, która wiedziałyśmy, że dobrze się nami zaopiekuje (w sensie, że zrobi nam dużą pitę;)). Poszłyśmy więc tam, ale niestety na miejscu czekała nas niezbyt miła niespodzianka: Pani Mamy nie było!!! Okazało się, że skończyła już pracę tego dnia, a wraz z nią skończyła się możliwość posilenia się. Niezrażone tym faktem, spacerowałyśmy po okolicy i w końcu natknęłyśmy się na inny bar z pitami.

Oto on..my to zawsze znajdziemy miejsce z klimatem:) :


Siedziałyśmy sobie na dworze, przy ulicy którą czasami przejechał motor, innym razem śmieciarka (smacznego) i jadłyśmy nasz "obiad".

Widok z naszego stolika z jednej strony:
I z drugiej strony... bez komentarza :)

Nagle pani, która nas obsługiwała przyniosła nam po puszce Fanty i powiedziała, że to od pana, który siedzi w środku. No cóż... chcąc- niechcąc wypiłyśmy zdrowie naszego "dobroczyńcy":/ W końcu zaczęłyśmy z nim rozmawiać, okazało się, że w jakiś sposób był powiązany z Polską (nie za bardzo go zrozumiałyśmy(jak to nie..jego kolegi żona była polką i umarła zabijając jego matkę która żyje..), pytał się co my robimy w Grecji i zaczął opowiadać historie ze swojego życia (my chyba normalnie opłaty za seanse psychoterapeutyczne powinnyśmy pobierać). Na koniec powiedział, że my dla niego teraz jesteśmy jak jego własne dzieci i on chce nam postawić coś do jedzenia. My mu na to, że dziękujemy, ale przed chwilą zjadłyśmy. On jednak uparł się i w końcu poszliśmy na kompromis- wzięłyśmy pity na wynos:). Ładnie się pożegnałyśmy, obiecując, że jeszcze kiedyś tam wpadniemy i poszłyśmy na dworzec, gdzie w szafce na kluczyk (chyba raczej na 3 euro) zostawiłyśmy nasze plecaki i siatkę z pitami.

Nasz nowy Pan Tata i nasza nowa Pani Mama:






























W centrum byłyśmy umówione z Ateną (przedstawmy czytelnikom jej postać-Atena, mieszka w..Atenach i mówi po polsku bo jej mama jest polką,a znamy się z obozu SSPN ;), więc pojechałyśmy sobie na Plakę, żeby tam na nią poczekać.

Plaka:



Rzut oka na akropol.. groteskowo mówiąc nowoczesność miesza się ze starożytnością:


Także tutaj znalazłyśmy okrąglak, co my nie znajdziemy?! (ale na 8 piętrze nie było go go)


"Handel na Monastiraki przytłacza piękną bizantyjską świątynię" (Z przewodnika po Grecji National Geographic, 2002)..nam się wydaje,że byłoby łatwiej gdyby jego autor kiedykolwiek był w Grecji..;)
Palma:

Spacerowałyśmy sobie, robiłyśmy zdjęcia niczym japońscy turyści, aż w końcu zaczepił nas sprzedawca ti- szirtów pytając skąd mamy takie fajne buty:).
Zaczęłyśmy z nim rozmawiać, on znał kilka wyrażeń po polsku (typu: oooooo jakie ładne policzkiiiiii, jaki śliczny noseeeeeek), a jak dowiedział się, że dnia następnego mam urodziny, podarował mi koszulkę ze starej kolekcji (ale liczy się gest).

Daria w tradycyjnej, ludowej koszulce (oryginalna kopia) i Zuzu ze swoim greckim adoratorem i dżezi prezentem urodzinowym






































W końcu dotarłyśmy do Syntagmy, gdzie czekała już na nas Atenka.
Poszłyśmy sobie na kawę i opowiadając sobie nasze ostatnie życiowe wydarzenia (babskie ploteczki) nawet nie zauważyłyśmy jak zrobiła się 22:30. Zebrałyśmy się więc w sobie, pożegnałyśmy z Atenką i wróciłyśmy do Pireusu.
Atenka:

Zabrałyśmy nasze bagaże z szafki (przy otwieraniu lekko odrzucił nas zapach czosnku z pit) i poszłyśmy szukać naszego promu, który jak się okazało był bardzo daleko.

Z zewnątrz nic nie wskazywało na to co kryje w sobie to Cudo, o wdzięcznej nazwie DIMITRA :) :

Na ostatnią chwilę zdążyłyśmy, weszłyśmy do środka i trochę się przeraziłyśmy komunistycznym wystrojem (można by tam nakręcić "Misia" albo "Rejs"), a jeszcze bardziej pasażerami, którzy w sumie pasowali do wnętrza- obleśni i odrażający (no moim zdaniem to, że ktoś nie ma zębów nie znaczy od razu, że jest obleśny, raczej..oryginalny :).

RECEPCJA serdecznie wita na "pokładzie":

BAREK POKłADOWY.. nie sprawdziłyśmy czy jedzenie było na kartki :(

Na szczęście po długich poszukiwaniach znalazłyśmy miejscówkę na najniższym pokładzie, gdzie prawie nie było ludzi, a jak już byli to kimali. Rozłożyłyśmy swoje karimaty (jak na promie to chyba można je nazwać łóżka wodne?!?) i poszłyśmy spać.

Nieważne, że brudno, że na podłodze, że śmierdzi...ważne, że razem :)































Pomijając fakt spania na oplutej podłodze noc minęła całkiem szybko. Rano nic się nie zmieniło, nadal płynęłyśmy komunistycznym promem, a co więcej jego „kierowca” chyba nie miał prawa jazdy na prom, bo stałyśmy dobre pół godziny w garażu z otwartą podłogą czekając, aż zaparkują w porcie (a nie było to fajne przeżycie, biorąc po uwagę fakt, że za ciepło nie było, a my mądrze ubrane byłyśmy w krótkie spodenki, poza tym prom kręcił się ciągle w kółko- a niektórym czasem objawia się choroba morska).

14 próba podejścia do portu :)

Tam czekał już na nas Apollo (bynajmniej nie ten bóg z mitologii), a to wyczyn gdyż dobijała 7 rano. Dla osób które nie znają tego osobnika opowiem krótko, iż jest to grek (co chyba nie jest zaskakującą informacją) którego poznałyśmy pracując w te wakacje na Mykonos. Apollo jest tubylcem, czyli od zawsze jest uwięziony na tej wyspie. Jego rodzina ma sklep z biżuterią, którą on sam osobiście wyrabia w warsztacie znajdującym się w centrum miasta, o ile tak można powiedzieć o jakiejkolwiek części miasta Mykonos (czyli największego miasta, od którego nazwę wzięła wyspa albo odwrotnie:).

NA GÓRZE: Gospodarz NA DOLE: Gospoda

Warsztat od środka ("od kuchni"):

Tam to właśnie znalazłyśmy schronienie przez najbliższe 24h.. powiedzmy, bo praktycznie ciągle gdzieś się gubiłyśmy. Mykonos (miasto) jest praktycznie odcięte od ruchu drogowego, samochody nie wcisnęłyby się w wąskie uliczki i tylko czasem jakieś skutery z towarami się przewijają. Uliczek jest dość sporo, więc łatwo się zgubić, nawet jeśli przez jakiś czas się tam mieszkało. Tym bardziej, że jest to jedna z niewielu (jak nie jedyna!) wyspa na której jest kompletny zakaz malowania domów na kolor inny niż biały i okiennic na inny niż niebieski, czerwony lub zielony. Tak więc "skręć przy białym budynku w prawo" nie jest żadną wskazówką.




Najważniejsze drogi mamy jednak obczajone. Jest to droga do piekarni (i to był nasz pierwszy przystanek), droga do Aromy (drugi przystanek)-czyli miejsca gdzie pracuje nasz..hehe..ziom- Savas. Siedząc u niego wypiłyśmy kawę (bo on jest najlepszym kawiarzem w mieście,a może nawet na całej wyspie)

Savas i freddo cappuccino:
i umówiliśmy się, że nam ugotuje spaghetti wieczorem. Znałyśmy jeszcze drogę do pizzerii, ale bynajmniej nie dlatego, że jesteśmy pasibrzuchami, ale nasz kolega (z Polszy) Paweł tam pracuje, więc z rozpędu i tam wpadłyśmy, załapując się na puszkę coli.

Paweł w akcji:
No i oczywiście będąc na Mykonos nie mogłyśmy sobie lodzików odpuścić, więc wpadłyśmy owinięte w kaptury do naszego ulubionego miejsca na wyspie- Gelarte


w którym to siedział Kirios Lukas..nasz szef (albo my jego?!):

W każdym razie poszło po lodziku :) pogadałyśmy i wyciągnęłyśmy na drinka wieczorem..w końcu, co robić innego kiedy Zuzu miała urodziny, byłyśmy na Mykonos, pogoda wietrzna, a i pelikanów nigdzie nie było. Prosto z Gelarte poszłyśmy (zabierając po drodze Apolla) do Małej Wenecji (takie urocze miejsce w mieście w którym jest najwięcej klubów, wieczorem wszyscy są nawaleni i strasznie wieje od morza, więc siedzenie na zewnątrz zostaje dla hardcorowców:), gdzie podziwialiśmy zachód słońca. Ogólnie pracując tam nigdy nie byłyśmy na zachodzie słońca, ale ludzie złośliwie wchodzili do naszej lodziarni pytając "gdzie jest mała wenecja, bo śpieszę się na najpiękniejszy zachód słońca na wyspie"..grrr. Nadrobiłyśmy zaległości siedząc w jednym z klubów na balkonie i pijąc browara :)

Mała wenecja:

Te wiatraki są symbolem Mykonos:

Gdy już słońce zaszło, zrobiło się trochę chłodno, więc poszliśmy do pracowni Apolla, gdzie zaczęłyśmy bawić się woskowymi obrączkami nadając im kształt pierścionków (podobno to jest wzór z którego później robi się odlew biżuterii- ja tam wierze na słowo)- Daria robiła pierścionek dla siebie, a ja dla klientów, ale- ja i moja zręczność- cały wosk mi się pokruszył- Apollo powiedział, że nic nie szkodzi, ale ja wolałam już więcej niczego tam nie dotykać:].
W końcu przyjechał po nas Savas, który zabrał nas do siebie do domu i przygotował pyszne spaghetti (które nota bene chodziło za Darią już od przyjazdu do Patry) A Zuzu mogłaby się pochwalić, że też coś tam pichciła wraz z Savasem, ja się nie wtrącałam, bo naprawdę miałam na nie ochotę :). Pogadaliśmy sobie trochę o życiu o śmierci, piliśmy wino i jedliśmy urodzinowego torta (czyli każy dostał od Savasa mrożonego batona, niestety bez świeczek, a szkoda,bo Zuzu pewnie by sobie chętnie podmuchała ;). W końcu ruszyliśmy się do miasta, zgubiłyśmy Savasa, z którym miałyśmy się spotkać jak już zdecydujemy się do którego lokalu pójdziemy (niestety zaginął w akcji i już go nie zobaczyłyśmy tego wieczora).

Wersja oficjalna: Sawas przybija piątkę ze swoim kotem; wersja nieoficjalna: greckim sposobem rzuca na niego klątwę:































Nasz wybór padł na Thalami- mały lokal z grecką muzyką na żywo. Niestety, miałyśmy pecha, bo akurat ludzie nie byli na tyle odważni, żeby wykonać taniec koguta (grecki taniec) Jeżeli chodzi o tańce to na pewno jeszcze napiszemy o tym.W każdym razie może tańca koguta nie było, ale hasapiko raz odważni zza baru zapodali :)


więc po jakimś czasie zmieniliśmy lokal na dyskotekę "Skandynavian". Spotkałyśmy tam kilku znajomych, a nasz szef- Lukas robił nam siarę, tańcząc nie wiadomo co i gibając się w dziwny sposób na wszystkie strony.


Tak minęło trochę czasu, jeszcze raz zmieniliśmy lokal, ale nic ciekawego tam nie znaleźliśmy, a ponieważ wszyscy byli już zmęczeni, więc wróciłyśmy do pracowni, gdzie Daria dokończyła swój pierścionek i poszłyśmy spać. Następnego dnia obudziłyśmy się ok 11 i po szybkim prysznicu, poszłyśmy na szybkie śniadanie i szybko kupiłyśmy bilety na kolejną wyspę- Syros. Pożegnałyśmy się ze wszystkimi i chociaż chodziły jakieś propozycje, żebyśmy jeszcze trochę zostały na Mykonos, to my już miałyśmy bilety, więc udałyśmy się do portu. Generalnie powiedzieli nam, że nasz prom odpływa ze starego portu, który znajduje się ok 5 min piechotą od "centrum". Więc mając 20 minut do odpłynięcia, wcale się nam nie spieszyło.

Pożegnałyśmy się jeszcze z Apollem i w porcie byłyśmy kilka minut przed wypłynięciem. Tam okazało się, że nasze informacje nie były dokładne i nasz prom startuje jednak z nowego portu, który jest kilka km od miasta. Trochę spanikowane, z wizją pozostania na wyspie z niewykorzystanymi biletami, odnalazłyśmy autobus, który jechał w tamtym kierunku. Przebiłyśmy się przez tłum ludzi (co? my nie damy rady?), którzy również chcieli dostać się do tego busa i udało nam się dojechać do celu na czas, na dodatek nie płacąc za bilet.

Titanic:
Ostatnie spojrzenie na Mykonos:

Droga na Siros miała trwać godzinę, ale mieliśmy małe opóźnienie, chyba pół godzinne, co generalnie nie robiłoby dużej różnicy gdyby nie to, że akurat tego dnia Zuzu dostała gigantycznej choroby morskiej i chciało jej się.. hmm.. zwrócić wczorajsze Savasowe spaghetti (bynajmniej nie dlatego, że było nie dobre.. wszystko czego nie musimy gotować my jest Smakowe :). Ja za to miałam świetny humor i trochę z przekąsem (sasasa :) (zemszczę się za to jeszcze kiedyś) opowiadałam Zuzu o pięknych, wysokich fal za oknem, ale nie jako jedyna byłam złośliwa, bo w połowie drogi przysiadła się do nas starsza pani, która usilnie próbowała Zuzu poczęstować ciasteczkiem (ja tam zjadłam:). Poza tym czytałyśmy przewodnik, żeby wtajemniczyć się bardziej w mistykę miejsca do którego podążałyśmy (nauczyłyśmy się również kilku rzeczy dotyczących hymnu, flagi i... greckich ptaków). Dwóch panów obok coś tam do nas zagadało po czym powiedzieli, że mówimy po grecku idealnie (i tu nasze grupy ze studiów wybuchają gromkim śmiechem..:) tak tak.. Zuzu przez chwilę się nawet lepiej poczuła (tak mi się wydawało- złudzenie optyczne). Po drodze prom miał przystanek na Tinos i podczas jego panowie z dużymi, białymi koszami chodzili krzycząc „Lukumaaaaaaaaaaaaakia! 5 euro trzy paczki! Lukumaaaaaaaakiaaaa!”.

Myślałyśmy, że coś za darmo rozdają, a to tylko ludzie wchodzili tłumnie na prom:

Panowie byli z Siros, a my zdąrzyłyśmy dowiedzieć się, że Lukumakia są specjalnością tej wyspy. Dla osób które nie wiedzą co to jest, zamieszczam krótki opis.. Galareta, o wybranym przez konsumenta smaku (klasyczne są o smaku mastichy), zawierająca cukier w środku oraz na zewnątrz i posypana czymś w stylu cukru pudru o trochę gumowatej i tłustej równocześnie konsystencji (czyli cukier z cukrem posypany cukrem:/). Nigdy tego nie zjadłyśmy, chociaż to jadłyśmy (cóż za groteskowe zdanie), tzn. w trakcie żucia wyplułyśmy. Wydaje mi się, że tylko grecy wiedzą o co chodzi w tym „smakołyku”. Wracając jednak do naszej podróży, jak można było się zorientować po opisie, z propozycji kupienia 3 paczek za 5 euro nie skorzystałyśmy.

Oczekiwanie w garażu na wyjście (czasami przypomina to spęd bydła):

Na Siros wysiadłyśmy śpiewając jakąś piosenkę (z serii: szanty, żeby oddać klimat otoczenia, w którym się znajdowałyśmy) , i gibając się z naszymi plecakami w te i we wte. Planowałyśmy zostać na tej wyspie na noc i dopiero na następny dzień ruszyć na podbój Santorini dlatego też powypytywałyśmy się maszerując co nieco o ceny pokoi i wynajmu skuterów :)))) po czym, gdy dotarłyśmy do biura sprzedającego bilety okazało się, że albo płyniemy wieczorem albo pojutrze. Poszłyśmy zastanowić się nad tym jedząc (bo ponoć przy posiłku się lepiej myśli:). Oczywiście jak zwykle jednogłośnie stwierdziłyśmy, że lepiej spędzić na Siros kilka godzin, a na Santorini zabawić dłużej, w końcu to bardziej znana wyspa. Tak też zrobiłyśmy. Kupiłyśmy bilety, zostawiłyśmy plecaki w biurze i wyruszyłyśmy na „miacho” mając w planach 5-6 godzinny spacer po niezbyt wielkim mieście. Nie wiem czemu, ale spodobało nam się od początku. Dostałyśmy głupawy i skakałyśmy z aparatem w ręce po opustoszałych uliczkach. Siros nie jest częstym celem podróży turystów, chociaż jest to duża wyspa- punkt administracyjny Cyklad, mająca nawet uniwersytet, ale ponieważ zlądowałyśmy tam po sezonie, a przed rokiem akademickim i do tego w czasie sjesty, nie doświadczyłyśmy ścisku na ulicach. Może i to tym bardziej fajne było. Wchodziłyśmy w różne zakamarki szukając fajnych widoków i ciekawych miejsc:
Omni nigdy nam się nie chwaliła,że ma sklep na Siros.













Prawdziwy rzeźnik i jego kiełbasy:



































Starożytne ruiny :)
I starożytny pojazd- UFO:
Na duuuużej armacie..sasasa

Po drodze zauważyłyśmy samochód zawodników NBA

W końcu idąc prosto po kwadracie (zawsze tak chodzimy, co by się nie zgubić i zazwyczaj się gubimy) dotarłyśmy do Kościoła Agios Nikolaos (po polskiemu Świętego Mikołaja:), który był bardzo duży i to wszystko co mogę o nim powiedzieć, ponieważ wyglądałyśmy raczej dosyć wieśniacko nie wchodziłyśmy do środka. Za to zatrzymałyśmy się na krótki postój w parku naprzeciwko tej świętej budowli. Podziwiałyśmy najpierw pomnik lwa z marmuru (szczerze mówiąc nie wiem czy to był marmur) i płaskorzeźbę przedstawiającą jakąś rusałkę (co do tego co to było też nie jestem pewna), a następnie odkryłyśmy rzecz która nas niezwykle zainteresowała, mianowicie dwa popiersia braci:


Nazwiska, które na nich widniały nic nam nie mówiły, więc stwierdziłyśmy, że trzeba się dowiedzieć, kim oni byli. Wyszłyśmy z parku i najpierw zaczepiłyśmy jakiegoś chłopaka (w wieku mniej- więcej licealnym). Niestety chyba trochę go przestraszyłyśmy, bo szybko powiedział, że nie ma pojęcia kim byli tamci panowie i uciekł. Naszą następną ofiarą padła przechodząca obok dziewczyna. Jednak i tym razem nie utrafiłyśmy- była to jakaś angielska turystka (w sumie nie wiem dokładnie, ale w każdym razie anglojęzyczna) Rozkminy ciąg dalszy- doszłyśmy do wniosku, że może lepiej pytać się starszych ludzi. Los nam sprzyjał, bo akurat na pobliskim przystanku autobusowym stał pan w kwiecie wieku (ok. 60 lat). Jednak i on nie za bardzo potrafił nam pomóc. Tak więc poszłyśmy dalej zastanawiając się jak to jest możliwe, żeby tubylcy nie mieli pojęcia, co przedstawiają pomniki w ich mieście
(ja też w sumie nie świecę wiedzą o naszych poznańskich statuach). Nagle naszym oczom ukazał się jakiś mały teatr czy galeria, więc pomyślałyśmy, że może tam będą potrafili odpowiedzieć na nurtujące nas pytanie. Weszłyśmy do środka, a tam kilku młodych ludzi wieszało obrazy na ścianach (jeśli obrazem można nazwać kartkę z zeszytu w kratkę, pomalowaną różnokolorowymi pisakami- takie rzeczy to nawet ja robię czasami na nudnych zajęciach, których oczywiście nie ma zbyt wiele...;). Wszyscy spojrzeli na nas, Daria tak się speszyła, że od razu się odwróciła i zaczęła uciekać („run forest ruuuuuuun!”), ale że ja miałam głupawę i było mi wszystko jedno, zaczęłam wyjaśniać w jakiej sprawie przyszłyśmy. Jednak okazało się, że ci wszyscy ludzie to artyści, ale bynajmniej nie z Siros i oni tylko przygotowują tam wystawę swoich prac. Trochę się zmartwiłyśmy, że nasze pytanie ciągle pozostaje bez odpowiedzi, ale oni na pocieszenie dali nam zaproszenie na otwarcie ich wystawy (z którego nie skorzystałyśmy, bo było na następny dzień) . W końcu się poddałyśmy i zostawiłyśmy zagadkę braci. Chodziłyśmy sobie po Siros to tu to tam, aż nagle zobaczyłyśmy 3 kolejne popiersia jakiś ludzi, a zaraz obok następne 2. W ten sposób zrozumiałyśmy dlaczego mieszkańcy tej wyspy nie wiedzą kto z pomnika był kim, bo po prostu mają ich za dużo... W każdym razie następnym miejscem, które chciałyśmy zobaczyć był teatr Apollo (mi aż tak nie zależało ;), który jest kopią mediolańskiej opery.

Zuzu ze Stefanosem
Zmierzałyśmy powoli do celu, gdy zaczepił nas jeden z poznanych wcześniej artystów. Powiedział, że chciał zobaczyć o jakich braci nam chodziło, ale nie mógł niestety tam trafić. Po krótkiej konwersacji zdecydował się towarzyszyć nam w naszej wędrówce do teatru. Uregulowaliśmy opłatę za wstęp (MY? Chyba nie) (2 euro za bilet!!!) i poszliśmy oglądać teatr, który był mały, ale ładny, a wystawa, która również się tam znajdowała była raczej nieciekawa. Nasz towarzysz- artysta (Stefanos), wypytywał mnie o sztukę (na której nie za bardzo się znam), podczas, gdy Daria obfotografowała wszystko, co możliwe.

Wnętrze teatru:

Plejada gwiazd na suficie teatru:


Gdy Stefanos dowiedział się, że nie możemy przyjść na otwarcie ich wystawy, bo wcześniej wyjeżdżamy, zaproponował obejrzenie jej od razu. No więc stwierdziłyśmy, że warto się czasem ukulturalnić i poszłyśmy tam. Na miejscu zapoznał nas z kilkoma osobami, a wśród nich był jeden chłopak, który był w wakacje na Mykonos i pamiętał nas z naszej pracy w lodziarni (no co by dużo nie gadać- jesteśmy już rozpoznawalne w Grecji.. z Zuzu akurat zapamiętał moment w którym szła wyrzucić wielką siatkę ze śmieciami..hehe). Co do ich obrazów, to niektóre nam się podobały, kilka nam się nie podobało, ale większości nie rozumiałyśmy. Wymieniliśmy się mailami (bo oni będą robić też wystawę w Patrze i wtedy mamy koniecznie przyjść) i ruszyłyśmy w dalszą drogę. Trochę już byłyśmy zmęczone naszym spacerem, więc weszłyśmy sobie do jakiegoś baru, gdzie siedziałyśmy z półtorej godziny oglądając kanał fashion TV i nadrabiając zaległości w naszej wiedzy o modzie (mamy nadzieje, że starczy na pół roku). (Jakby ktoś zwątpił do dziś nie widać po nas skutków oglądania tego programu). Po tym krótkim odpoczynku ruszyłyśmy powoli w stronę portu, gdzie chwilę czekałyśmy na prom, a gdy już przypłynął wbiłyśmy się na pokład i próbowałyśmy znaleźć miejscówę do spania.

crazy frog i puchatek, to jest to co tygryski lubią najbardziej, nie Olaf? ;)

4 komentarze:

Ela aka.Lisek pisze...

No, nareszcie się doczekałam (a głoda miałam już strasznego). Super, tylko gdzie mi umknęło Santorini?:) Szkoda, że pelikanów nie było, ale Apollo, Savas i Lukas też mogą być ;) Buziaczki

Lord_Blizzard pisze...

Ja myślę że kiedyś powstanie film na podstawie waszych przygód ;)

Jak już wspominałem ta podwójna narracja dobry motyw, tylko qrva niepotrzebnie tak namieszaliście z tymi kolorami bo za każdym razem muszę myśleć: "Kolor taki, ta ma takie oczy, czyli to ta druga..." ;-)

Cyfrowa Kaszanka pisze...

Fajny blog ;-)

natiii pisze...

ΔΕΝ ΥΠΑΡΧΟΥΝ ΞΕΝΟΙ Σ' ΑΥΤΟΝ ΤΟΝ ΚΟΣΜΟ, ΜΟΝΑΧΑ ΦΙΛΟΙ ΠΟΥ ΔΕΝ ΕΧΟΥΝ ΓΝΩΡΙΣΤΕΙ
ΑΚΟΜΗ.....