Tak więc przyjechał bus, który miał nas zabrać do Wrocławia, kierowca- pan Czesio- zapakował nasze bagaże, my się poprzytulałyśmy ze wszystkimi ostatni raz i w końcu... szczęśliwej drogi już czas...wsiąść do pociągu byle jakiego i te sprawy, w każdym razie wystartowaliśmy. Daria wzruszyła się odrobinę (do teraz się wzruszam..) całą sytuacją, pan Czesio trochę się z nas śmiał, ale po chwili emocje opadły, a my odjeżdżałyśmy w stronę Wrocławia. Co prawda jechaliśmy przez wszystkie ciepłe kraje, ponieważ zabieraliśmy ludzi (2 osoby ściślej mówiąc) z jakiś wiosek i dlatego na miejscu byliśmy dopiero po 10. Jednak podróż była całkiem przyjemna, bo kierowca pozwalał robić nam w busie, co tylko chciałyśmy... :] Ogólnie postać kierowcy- pana Czesia jest bardzo interesująca. Dzięki niemu nie nudziłyśmy się w czasie drogi. Co prawda na początku nie był zbyt rozmowny, ale gdy już zabraliśmy resztę pasażerów dowiedziałyśmy się wielu ciekawych historii np. o tym jak kot (to był pies,ale Zuzu była zaspana i było jej wszystko jedno ;) wsadził mu pazury do oka (było tyle wątków pobocznych, że się trochę pogubiłyśmy), a wtedy lekarka zamknęła mu nos przed drzwiami (jak ona to zrobiła?) :) Poza tym instruował nas jak należy się zachować w autokarowej toalecie, bo np. facet powinien tam siadać bo inaczej sika "tak jak wysoko fistacha mu sięga"... W każdym razie dotarliśmy do Wrocławia a tam przesiadłyśmy się do autokaru... Gotowe zapłacić miliony za nasze nadbagaże podeszłyśmy do naszych nowych towarzyszy podróży- panów kierowców, który przerazili się nie tyle ilością naszych bagaży, ile ich wagą ("dziewczyny, no, trochę przesadziłyście!"), ale chyba wyglądałyśmy dosyć biednie,bo nie kazali nam nic dopłacać.. :) ma się ten urok (a może chodziło o złamaną nogę Agaty???)! Sami oceńcie:
Pani pilotka sprawdziła nasze bilety i tak pokulaliśmy się do kolejnych miast zbierając po całej Polsce pasażerów w liczbie 13 (licząc z nami). Rozłożyłyśmy więc nasze kończyny,każda na kilku siedzeniach. Droga minęła nam na spaniu, jedzeniu i oglądaniu filmów..sasasa. W Polszy jeszcze zjadłyśmy obiada,a ok.18 przekroczyłyśmy granicę Polską wjeżdżając do Austrii (wersja Agaty) lub jak kto woli do Słowacji (wersja prawidłowa geograficznie:). Ja obudziłam się w Bratysławie a potem we Włoszech,więc co się działo w między czasie trudno stwierdzić. W każdym razie we Włoszech, podczas jednego z postojów, gdy chciałam już nadepnąć na schodek do wyjścia z sarkofagu gdzie śpią kierowcy (znajduje się on pod siedzeniami, a drzwiczki ma naprzeciwko toalety- jeżeli ktoś umie to sobie wyobrazić) wyłonił się pan, którego prawie nadepnęłam swoją wielką stopą i tak ten oto kierowca został nazwany Panem Filipem z Konopi..poszły nawet przypuszczenia,że kierowcy w swoim sarkofagu trzymają konopie..ale nie są to potwierdzone informacje. Pan Filip szybko przyzwyczaił się do swojego nowego imienia,a pod koniec podróży chyba już mu było wszystko jedno kim jest :)(my dla niego w każdym razie byłyśmy numerantkami...). W Ancorze nic się nie działo oprócz krótkiego oczekiwania na wejście na prom.
Widok na Ancone z promu
Po uroczystym wkroczeniu na pokład zaczęłyśmy zwiedzać jego zakamarki, ku naszemu rozczarowaniu nic ciekawego nie znalazłyśmy.
Rano skoczyłyśmy pod prysznic, na śniadanie i do barmana na kawę, a następnie chciałyśmy wbić się na dziób żeby zrobić Titanica i pokrzyczeć,że jesteśmy królami świata,ale cały dziób zajmowała miejscówka kapitana ogrodzona szczelnie szybą. Pokręciłyśmy się trochę, dostałyśmy małej głupawki podróżnej, Zuzu udawała Leo DiKarpio (w końcu niby jest facetem) przy barierkach,a ja sama nie wiem..trochę się bujałam.
Aż tu nagle,niczym Pan Filip z Konopi, ukazał się zza kapitańskiej szyby most Rio-Antirio, co oznaczało bliski kres tej wątpliwej przyjemności jaką jest podróż promem:
Zeszłyśmy więc na pokład 7 gdzie spotkałyśmy Pana Filipa z Konopi i innych kierowców. Gdy dobiliśmy do brzegu wyszłyśmy z promu, zabrałyśmy walizki z autokaru, pożegnałyśmy współtowarzyszy naszej nędznej podróży i ledwo dysząc poszłyśmy w stronę wejścia do portu zamówić taksówkę,a właściwie dwie, żebyśmy się zmieściły (a i tak nasze walizki wystawały z bagażnika).
Pan Filip z Konopi i my:
Wytłumaczyłyśmy taksówkarzowi,że chcemy do aka,ale nie w kampusie tylko innego i jeden skumał a drugi (z którym nota bene jechała Agata) nie bardzo,więc pojechał trochę..hmmm.. na około. Koniec końców wszystko (łącznie z Agatą) dotarło na miejsce. Tak zakończyła się nasza 55cio godzinna torturrrrra przez 2895 kilometrową trasę.
7 komentarzy:
Zajefajny blog dziewczynki :)
Pozdrowienia i caluski i oby tak dalej!!! :*
elo lachony, ale z was krejzolki ;) czytam to i normalnie ja w brecht, gabryska w brecht, zesmy sie brechtaly ;)
zajebisty motyw z ta dwuosobowa narracja (to sie chyba nawet jakos profesjonalnie nazywa). czekam na dalsze wątki, zdjęcie greka z przekłutymi sutkami i te sprawy. pozdro i pocwiczcie.
P.S. Czochri fatalna ta grzywka, daj se remis tej :| (zdjęcie chyba trzecie)
mje sie tez podoba!
Narracja mocno spondżi i dżezi :)
Pozdrawiam i z niecierpliwosciou czekam na kolejne wpisy...
Świetne, obśmiałam się jak dziki kot. Tylko tak dalej i dużo proszę, bo już się uzależniłam (o czym zresztą uczciwie uprzedzałyście, a ja pochopnie machnęłam na to łapką). No cóż, Zuzu, masz uzależnioną matkę (miejmy tylko nadzieję, że nie jest to tak szkodliwe, jak w przypadku ojca). Buziaki i czekam na kolejną działkę;-)
aloha wariatki :)
fajny blog, 3majcie tak dalej, pozdro wielgasne! ja tez sie szybko uzalezniam wlasciwie podatna jestem na wszystko... wiecej zdjec! buziole
Elo!i jak?bo żadnych nowości na blogu.Jeśli napisze,że mis ie podoba to bedzie to kalka,a tego filologowie nie lubia.przyznaje racje szymonowi,ze podwojna narracja jest ciekawa,oddaje dwoistosc waszego dwugłowego charakteru.Mam nadzieje,ze nie pijecie alkoholu...wiecie przeciez iż jest to niewskazane dla kobiet w ciąży...pozdro srozdro!
Prześlij komentarz