niedziela, 30 września 2007

A miało być tak pięknie..

Po ciężkich, wielotygodniowych (w moim przypadku czterodniowych;) przygotowaniach do naszego wyjazdu , nastał w końcu dzień (27.09.2007), przyszła godzina (4:30), kiedy to spotkałyśmy się na dworcu PKS (spotkaliśmy się wcześniej oczywiście..:), by wyruszyć w 55 godzinną podróż w prawie nieznane..... Na dworzec Daria przybyła w asyście Marcina i Natalii oraz 2 wielkich walizek, mi zaś towarzyszyli rodzice, jak również 2 ogromne walizki... A na peronie czekała na nas niespodzianka (zapowiedziana) w postaci Olafa i Babiego, którzy również przyszli się pożegnać... (i ostatni widok na Olafa):

Tak więc przyjechał bus, który miał nas zabrać do Wrocławia, kierowca- pan Czesio- zapakował nasze bagaże, my się poprzytulałyśmy ze wszystkimi ostatni raz i w końcu... szczęśliwej drogi już czas...wsiąść do pociągu byle jakiego i te sprawy, w każdym razie wystartowaliśmy. Daria wzruszyła się odrobinę (do teraz się wzruszam..) całą sytuacją, pan Czesio trochę się z nas śmiał, ale po chwili emocje opadły, a my odjeżdżałyśmy w stronę Wrocławia. Co prawda jechaliśmy przez wszystkie ciepłe kraje, ponieważ zabieraliśmy ludzi (2 osoby ściślej mówiąc) z jakiś wiosek i dlatego na miejscu byliśmy dopiero po 10. Jednak podróż była całkiem przyjemna, bo kierowca pozwalał robić nam w busie, co tylko chciałyśmy... :] Ogólnie postać kierowcy- pana Czesia jest bardzo interesująca. Dzięki niemu nie nudziłyśmy się w czasie drogi. Co prawda na początku nie był zbyt rozmowny, ale gdy już zabraliśmy resztę pasażerów dowiedziałyśmy się wielu ciekawych historii np. o tym jak kot (to był pies,ale Zuzu była zaspana i było jej wszystko jedno ;) wsadził mu pazury do oka (było tyle wątków pobocznych, że się trochę pogubiłyśmy), a wtedy lekarka zamknęła mu nos przed drzwiami (jak ona to zrobiła?) :) Poza tym instruował nas jak należy się zachować w autokarowej toalecie, bo np. facet powinien tam siadać bo inaczej sika "tak jak wysoko fistacha mu sięga"... W każdym razie dotarliśmy do Wrocławia a tam przesiadłyśmy się do autokaru... Gotowe zapłacić miliony za nasze nadbagaże podeszłyśmy do naszych nowych towarzyszy podróży- panów kierowców, który przerazili się nie tyle ilością naszych bagaży, ile ich wagą ("dziewczyny, no, trochę przesadziłyście!"), ale chyba wyglądałyśmy dosyć biednie,bo nie kazali nam nic dopłacać.. :) ma się ten urok (a może chodziło o złamaną nogę Agaty???)! Sami oceńcie:




Pani pilotka sprawdziła nasze bilety i tak pokulaliśmy się do kolejnych miast zbierając po całej Polsce pasażerów w liczbie 13 (licząc z nami). Rozłożyłyśmy więc nasze kończyny,każda na kilku siedzeniach. Droga minęła nam na spaniu, jedzeniu i oglądaniu filmów..sasasa. W Polszy jeszcze zjadłyśmy obiada,a ok.18 przekroczyłyśmy granicę Polską wjeżdżając do Austrii (wersja Agaty) lub jak kto woli do Słowacji (wersja prawidłowa geograficznie:). Ja obudziłam się w Bratysławie a potem we Włoszech,więc co się działo w między czasie trudno stwierdzić. W każdym razie we Włoszech, podczas jednego z postojów, gdy chciałam już nadepnąć na schodek do wyjścia z sarkofagu gdzie śpią kierowcy (znajduje się on pod siedzeniami, a drzwiczki ma naprzeciwko toalety- jeżeli ktoś umie to sobie wyobrazić) wyłonił się pan, którego prawie nadepnęłam swoją wielką stopą i tak ten oto kierowca został nazwany Panem Filipem z Konopi..poszły nawet przypuszczenia,że kierowcy w swoim sarkofagu trzymają konopie..ale nie są to potwierdzone informacje. Pan Filip szybko przyzwyczaił się do swojego nowego imienia,a pod koniec podróży chyba już mu było wszystko jedno kim jest :)(my dla niego w każdym razie byłyśmy numerantkami...). W Ancorze nic się nie działo oprócz krótkiego oczekiwania na wejście na prom.




Widok na Ancone z promu










Po uroczystym wkroczeniu na pokład zaczęłyśmy zwiedzać jego zakamarki, ku naszemu rozczarowaniu nic ciekawego nie znalazłyśmy.
Ulokowałyśmy się na pokładzie 10, który miał basen (nieczynny) w części centralnej i bar basenowy. Usiadłyśmy przy stoliku, czytałyśmy, grałyśmy w dupę biskupa i..piłyśmy piwo które postawił nam basenowy barman, po tym jak Zuzu z Agatą go zagadały..czy on je..nie znam szczegółów (ja tam nikogo nie zagadywałam, poza tym ten barman był obleśny). Zmulił nas nieco ten browar. Rozłożyłyśmy nasze łóżka (czyt.karimaty) i pokimałyśmy. Ciężko mi teraz stwierdzić ile czasu tak spałyśmy, mnie w każdym razie obudziła Daria, szarpiąc i mówiąc, że idziemy pod prysznic (co miałyśmy zrobić zaraz po wejściu na prom). Jednak prysznic tego dnia nie był nam przeznaczony.... Zanim po przebudzeniu doszłyśmy do siebie, przyszła do nas Polka z naszego autokaru- Monika. Była już strasznie nawalona i na naszych karimatach zrobiła sobie kącik zwierzeń. Opowiedziała nam smutną historię swojego życia i nawet by nam to nie przeszkadzało gdyby przez godzinę nie powtarzała tego samego. Ale generalnie przy piątym razie trochę zaczęło nas to nudzić. W końcu Monika poszła się przejść po promie, my już zbierałyśmy się w sobie, żeby wstać, gdy przyszedł znajomy Moniki, tak samo pijany jak ona. Pytał się gdzie ona poszła i zaczął nas opieprzać, że jej nie przypilnowałyśmy. W sumie nie przejęłyśmy się tym faktem zbytnio, ale on usiadł ze swoim kolegą przy stoliku, zaraz obok naszego posłania i co chwile czegoś od nas chciał, zmuszał nas, żebyśmy poszły szukać Monikę, a przy tym strasznie śmierdział... żulem. W tym czasie Monika spędzała sobie czas z jakimś Włochem, jak się później okazało chciała tylko "wyciągnąć kasę od niego". Ten koleś z Polski (nie wiemy jak miał na imię) wkurzał nas coraz bardziej, śmierdział coraz bardziej, a w dodatku położył się na naszych karimatach i za nic nie dało się go stamtąd usunąć. W końcu mu powiedziałyśmy, że Monika go szuka, żeby do niej poszedł- nie chciał. No więc pozostało nam małe użycie siły i głosu... Być może nie było takie małe, bo siedzący niedaleko Szwajcarzy (którzy jechali do Aten na wakacje robić tam grafy) troszkę się przestraszyli, że dzieje nam się krzywda i zaproponowali pomoc w razie czego. Tak więc siara maksymalna i to ze strony Polaków... Ale najważniejsze, że nasze metody poskutkowały i "ten Polak" poszedł szukać Moniki. Myślałyśmy, że już mamy zapewniony spokój, ale nie mów hop, póki nie przeskoczysz, ponieważ po jakiś 5 minutach wrócił, znowu zaczęło śmierdzieć, a do tego przyszła Monika, zaczęli od nowa swoją szopkę, więc stwierdziłyśmy, że trzeba zmienić nasze miejsce zamieszkania, bo inaczej to nie da rady. Zaczęłyśmy pakować rzeczy, Monika na nas krzyczała, żebyśmy zostawiły jej śpiwór i karimatę, mówiła żebyśmy nie były "takie" (w sensie, że jakie to nie wiem???), a "ten Polak" zwracał nam tylko uwagę, żebyśmy nie zbiły jego butelki z wódką , która leżała niedaleko od nas. W końcu udało nam się pozbierać i uciekłyśmy. Chciałyśmy znaleźć Agatę (bo poszła na drinka z panem barmanem), a przy przy okazji nową miejscówkę. Agaty nigdzie nie było, miejsca do spania również nie znalazłyśmy, gdyż te najlepsze były już zajęte. Poszłyśmy więc zobaczyć co się dzieje na "dyskotece". A tam... pustka... nikogo nie było, tylko barman i muzyka. Zamówiłyśmy sobie Fantę (na drinki za bardzo bujało, a u nas objawiła się lekka choroba morska, albo chodziło o to, że były za drogie- ciężko stwierdzić) i tak siedziałyśmy i siedziałyśmy, myśląc gdzie by się przekimać (czyt.:jak wbić się do jakiejś pustej kajuty). W końcu pojawiła się Agata i powiedziała, że spotkała TYCH Polaków, którzy stwierdzili, że opuściłyśmy swoją miejscówkę ze względu na nich (słusznie zresztą), więc się usunęli stamtąd. Tak więc ok 2 w nocy wróciłyśmy do punktu wyjścia, przygotowałyśmy nasze "łóżka" i, ciągle bez prysznica, zasnęłyśmy.
Rano skoczyłyśmy pod prysznic, na śniadanie i do barmana na kawę, a następnie chciałyśmy wbić się na dziób żeby zrobić Titanica i pokrzyczeć,że jesteśmy królami świata,ale cały dziób zajmowała miejscówka kapitana ogrodzona szczelnie szybą. Pokręciłyśmy się trochę, dostałyśmy małej głupawki podróżnej, Zuzu udawała Leo DiKarpio (w końcu niby jest facetem) przy barierkach,a ja sama nie wiem..trochę się bujałam.



Aż tu nagle,niczym Pan Filip z Konopi, ukazał się zza kapitańskiej szyby most Rio-Antirio, co oznaczało bliski kres tej wątpliwej przyjemności jaką jest podróż promem:

Zeszłyśmy więc na pokład 7 gdzie spotkałyśmy Pana Filipa z Konopi i innych kierowców. Gdy dobiliśmy do brzegu wyszłyśmy z promu, zabrałyśmy walizki z autokaru, pożegnałyśmy współtowarzyszy naszej nędznej podróży i ledwo dysząc poszłyśmy w stronę wejścia do portu zamówić taksówkę,a właściwie dwie, żebyśmy się zmieściły (a i tak nasze walizki wystawały z bagażnika).
Pan Filip z Konopi i my:


Wytłumaczyłyśmy taksówkarzowi,że chcemy do aka,ale nie w kampusie tylko innego i jeden skumał a drugi (z którym nota bene jechała Agata) nie bardzo,więc pojechał trochę..hmmm.. na około. Koniec końców wszystko (łącznie z Agatą) dotarło na miejsce. Tak zakończyła się nasza 55cio godzinna torturrrrra przez 2895 kilometrową trasę.